- Dzień pierwszy
AUCKLAND
Po długiej podróży trasą Warszawa-Londyn-Singapur-Sydney lądujemy na lotnisku w Auckland. Wypełniona przez każdego, szczegółowa deklaracja wjazdowa upewnia władze, że nie stanowimy zagrożenia ekologicznego ani dla fauny, ani dla flory tego kraju. Zastraszony ewentualnymi karami zostawiam nie rozpakowaną czekoladę w kieszeni fotela samolotu. Pies wywąchuje jednak w moim bagażu coś podejrzanego. To zapach po paru bananach zjedzonych w podróży. Po kilkunastu minutach witamy się już z naszymi przyjaciółmi i nauczycielami - Katją i Hemim. Oprócz nich są jeszcze – Vian, syn Hemiego i Benji, Maorys, który pełni rolę kierowcy busa i znawcy Maoritangi (kultury maoryskiej). My - to 11 osób z Polski, Francuzka i 12 Skandynawów. Wszyscy zafascynowani od jakiegoś czasu masażem Ma-uri – adepci tej sztuki, instruktorzy i uczniowie. Dołączy do nas jeszcze Mary - Maoryska, znawczyni i nauczycielka rękodzieła, wyplatania i świetny kierowca.
- Dzień drugi
Rano zwiedzamy Muzeum w Auckland, a w zasadzie tylko parter. Historia ludzi tej ziemi, rekonstrukcje maoryskich marae, wspaniałe rzeźby, tiki, waka, broń, etc. Benji tłumaczy różne szczegóły, o których w książkach się nie przeczyta. Wieczorem docieramy do Porowini Marae w Whangarei. Tradycyjne powitanie - kobiety śpiewają znane nam - Haeri mai, haeri mai...(witajcie), a potem powhiri - powitanie zgodne ze znaną nam tradycją maoryską.

Najpierw „mowa” gospodarza po maorysku. Po pewnym czasie przechodzi na angielski, a potem ceremonia hongi – dotyk nosami i uściśnięcie prawicy. Z naszej strony wygłasza mowę Hemi. Oddycham z ulgą, że było tylko po jednym mówcy po każdej ze stron - gospodarzy i gości. Hemi uprzedził mnie chwilę wcześniej, że gdyby było dwóch ze strony gospodarzy, to ja mam jako mężczyzna i „angielskojęzyczny” unieść honor grupy i przemówić. Zapoznajemy się z marae. Najpierw oddanie szacunku przodkom. Na głównej ścianie zdjęcia wodzów, osobistości, członków szczepu, ludzi, którzy już odeszli, ale pozostawili po sobie dobrą pamięć.

Marae spełnia, dla grupy rodzin (whanau) z jednego szczepu, rolę miejsca zgromadzeń, domu wesel i pogrzebów. Są to charakterystyczne, bogato rzeźbione budowle w których żyją duchy ich przodków. Obowiązuje tu szczególny rytuał, odpowiednie zachowanie („tapu”). Miejsce to będzie naszym domem przez kilka dni, będziemy też napełniali się wiedzą , która jest w każdym detalu tej pięknie zdobionej maoryskimi ornamentami drewnianej konstrukcji, rzeźbach, dużych plecionych matach na podłodze.
Kilka ciekawych informacji o rzeźbach (z drzewa tuatara) na ścianach marae:
- reprezentują konkretnych ludzi, mają imiona znane członkom społeczności,
- skręcone głowy postaci mówią o tym, ze nie są doskonali w obliczu Boga,
- otwarte usta- symbolizują „oddech życia”, ale również wyraz zaskoczenia wobec narodzin lub śmierci (zwłaszcza te charakterystyczne oczy z masy perłowej),
- obrazują niekiedy pozycję wojenną, która zmusza do utrzymania dystansu( to te charakterystyczne "wywalone" języki).
Wieczorem zauważam, ze Benji zrobił porządek z naszymi butami zostawionymi przed marae. Stoją w równych szeregach. Ludzie z marae będą nas oceniać po tym co widzą. Jeżeli widzą porządek na zewnątrz, oznacza to, to samo wewnątrz człowieka. Mała lekcja na początek, ale jak subtelnie podana... Nie ostatnia zresztą.
- Dzień czwarty
WODOWANIE WAKI
Wyruszamy do zatoki montować Wakę (będę stosował formę odmienną - w jęz. angielskim występuje jako nieodmienna, ale po polsku dziwnie to brzmi). Dzieło Hemiego - dziewięciometrowy katamaran, kopia maoryskiej dwukadłubowej łodzi z gaflowym żaglem, bez kabiny, ale za to z dwunastoma miejscami siedzącymi w kadłubach. To wstępna przymiarka do marzeń – Hemi myśli o budowie podobnej, ponad dwudziestometrowej łodzi kabinowej, przygotowanej do oceanicznych wojaży. Liczy na to, że Maorysi zapalą się do jego projektu i wrócą do tradycji dalekich i ekscytujących rejsów. Waka zostaje skręcona, a to co nie pasuje, zostaje docięte bądź dopiłowane.

Maszt z trzech bambusów razem związanych nie wydaje mi się najlepszą konstrukcją na ocean, ale moje żeglarskie doświadczenie pochodzi w końcu sprzed dwudziestu lat.
Potem odbywa się zgodna z maoryską tradycją ceremonia wodowania z obsiusianiem kadłuba włącznie. Waka będzie służyć studentom Instytutu Ma-uri, aby mogli doświadczyć kontaktu z Tangaroa, bogiem mórz i oceanów. Teraz Pacyfik będzie dla nas łaskawy. W tym kraju nie ma obowiązku rejestrowania takich jednostek. Kto ma ochotę, może sobie zbudować i pływać na czym chce. Pocieszam się, że silnik Yamaha gwarantuje, że gdyby co, to nie wszystko jeszcze stracone.
Staję nawet na chwilę za sterem. Słońce przypieka nasze białe ciała, żartujemy i lądujemy w końcu na mieliźnie. No tak, nie wzięliśmy pod uwagę szlaków wodnych. Podziwiam Viana - prawdziwy kapitan, choć pewnie jeszcze nie ma 30-tki. Milczący, skupiony, służył w marynarce wojennej, więc pewnie nic nam przy nim nie grozi. Przynajmniej na razie.
- Dzień szósty
HARURU FALLS
 |
Rano wyjeżdżamy do portu i odprowadzamy grupę, która pożegluje wzdłuż wybrzeża na Waka. My zaś jedziemy nad piękny wodospad Haruru Falls. Nie daję się namówić na kąpiel w lodowatej wodzie. Spędzamy parę godzin w tym urokliwym miejscu, ciesząc się kontaktem z naturą.
|
- Dzień siódmy
PRÓBA OCEANU ( SOUTH PACYFIC OCEAN)
Pobudka o 6-tej, pakowanie, dwie kanapki do plecaka. Wyjeżdżamy na podmianę ekipy płynącej Waką. Po półtoragodzinnym oczekiwania na brzegu w końcu witamy naszych przyjaciół. Okrętujemy się i wypływamy.
Z Polaków - Kamila, Lucyna, Monika i ja, pozostali to Skandynawowie i Francuzka - Catherine. Świetnie sobie radzi za sterem i w późniejszej walce z falami. Pogoda przepiękna, lekka bryza. Robię parę zdjęć. Po pół godzinie zbliżamy się do cypla, stawiamy żagiel i wypływamy na ocean. Wiatr od dziobu, więc żagiel precz. Na razie mamy tylko jeden, więc wybór określonego kierunku uniemożliwia czasem jego zastosowanie. Silnik sprawnie ciągnie nas pod fale. Wiatr rośnie i zaczyna bryzgać. Siedzisko w kadłubie niestety nie zabezpiecza przed falą, więc oczy szczypią zalewane bryzgami słonej wody. Zaczynamy szuflować wodę z kadłuba, ale fala coraz bardziej daje się we znaki. Kurtkę mam nieprzemakalną, ale któraś fala udowadnia mi, że może przelać się i przez kołnierz. Czuję ją na plecach, a potem spływającą w dół.
Dawno zapomniane uczucie z wczesnego dzieciństwa. No cóż po godzinie robi się nie do śmiechu, zwłaszcza, że przewidziany odcinek może nam zabrać przynajmniej 6 godzin.

Kadłuby skrzypią, deski pokładu trzeba szybko przywiązywać, bo odfruną – więc Catherine i Vian czołgając się po pokładzie zalewanym falami i siekącym deszczem, wykonują tę robotę. Kamila oddaje cześć Neptunowi, mnie też niewiele brakuje. Córy Wikingów, Norweżki trzymają się dzielnie, tylko, że one wiedziały, że warto zainwestować w odpowiednie na tę okazję sztormiaki f-my Hansen. Ale przynajmniej wiem, co to ocean i co oznaczała dla Maorysów, 500 czy więcej lat temu, wyprawa na Hawaje - parę tysięcy mil morskich bez map i urządzeń nawigacyjnych. Prowadziły ich gwiazdy, pieśni, duch i potrzeba płynięcia "poza horyzont". W końcu, po paru godzinach, wpływamy do zatoki. Białe grzywy fal idą na nas od brzegu. Ciekawe dlaczego- zawsze myślałem, że mogą tylko poruszać się w jednym kierunku- do brzegu. A może na półkuli południowej jest inaczej?

Po kolejnych paru godzinach przygód udaje się nam dotrzeć do campingu Hururu Falls Resort, niedaleko Waitangi. Rozbijanie namiotów, prysznic - tym razem ciepły i kolacja w domowej atmosferze jest dopełnieniem i spełnieniem jednocześnie.
Po kolacji gospodarze, uśmiechnięci i bardzo życzliwi Maorysi, wyciągają gitarę. Piękna, siwa, dostojna kobieta śpiewa silnym głosem, który przywodzi na myśl tę odwieczną moc, którą my mężczyźni podziwiamy i boimy się jej jednocześnie. Potem opowiada. Mówi o roli kobiety, o jej posłannictwie, znaczeniu dla ciągłości życia. Potem wspólne śpiewanie- tzn. każda grupa narodowa prezentuje, co pamięta lub potrafi.
Dom, który jest hotelem, ale i jednocześnie siedliskiem dla całej, dużej rodziny. W części wejściowe jest miejsce na symbole, tiki (rzeźby przedstawiające bóstwa opiekuńcze lub przodków), „kosze wiedzy”, ozdoby z „greenstone” (wyjątkowo ceniony przez Maorysów „zielony kamień”- nefryt). To symbole rodzinne, ich mocy i otwartości tego domu dla innych. Wieczorem w dużym holu cała rodzina zbiera się na modlitwę. Nie zakłócamy ich przestrzeni i poruszamy się cicho dookoła.
- Dzień ósmy
DZIEŃ WAITANGI ( 6-ty luty)
Rano łapiemy przy drodze samochody – "stopem" szybciej. Dzień Waitangi to największe coroczne święto, obchodzone w rocznicę podpisania układu między maoryskimi wodzami a przedstawicielami królowej Wiktorii w 1840 r. Traktat miał zagwarantować opiekę Korony Brytyjskiej, prawa obywatelskie, prawa własności do ziemi, jej bogactw naturalnych, rybołówstwa. Potem okazało się, że nie uchronił ich przed grabieżą ziemi, najazdem obcych, zniszczeniem kultury maoryskiej, poniżeniem i chorobami cywilizacyjnymi.
Długa i zawikłana historia, ale i widoczna jest też potrzeba dobrej woli i pracy po obu stronach, aby uratować ten niespełna 500-tysięczny naród (13.8% ludności) przed degrengoladą i zepchnięciem na drugorzędne miejsce w społeczeństwie. Utopia przyjaznej koegzystencji różnych ras, być może tutaj okaże się kiedyś rzeczywistością.
W Waitangi trafiamy na maoryski "market". Dużo stoisk z rękodziełem, ozdobami, jedzeniem. Piękne "typy" ludzi- tatuaże, czarne włosy, czasem groźny wygląd. Ale to tylko pozory, choć jako nieliczni biali na tym pikniku, czujemy się początkowo trochę dziwnie. Ale to szybko mija. My nie Anglicy-my z Polski. Podziwiamy was i waszą kulturę, wspieramy was i szanujemy. Najciekawsze spotkanie. Piękny, dostojny mężczyzna, przed którym stoją rzeźby – głównie pary delfinów podczas harców-opowiada, trzymając w ręku globus.

Podchodzę bliżej i słucham z zaciekawieniem. Pokazuje trasy wielorybów, opowiada jak zdobywa kość wielorybią na swoje rzeźby. Pyta ducha o to, gdzie zalegają kości, a odpowiedź dostaje we śnie. Pozostaje mu popłynąć w takie miejsce , zanurkować i wydobyć. Globus też jakiś dziwny - biegun południowy na górze. Ciekaaawe... Ale przecież w kosmosie kierunków świata trudno by szukać. Moja wiedza z geografii z liceum zostaje lekko naruszona. Czyżby to my, dumni Europejczycy, ustawili świat tak, że nasze na górze ?
Przyglądamy się występom zespołów maoryskich. Tańce, pieśni, dużo młodzieży. Do plaży podpływa maoryska łódź wojenna z 100- ką ludzi przy wiosłach. Potem załoga tańczy na plaży Haka- taniec wojenny Maorysów.
Wracamy po dniu pełnym wrażeń na kamping na piechotę, przez busz, potem nad zatoką, przez zanurzony w błocie las mangrowy. Droga prowadzi specjalnymi pomostami i jak prawie wszystkie w Nowej Zelandii, jest dobrze utrzymana i oznaczona.
- Dzień dziewiąty
WYSPA URUPUKUPUKU
Przerzut na wyspę Urupukupuku zajmuje prawie cały dzień. Bagaże, sprzęt, ludzie- to kilka kursów naszej Waki. Wieczorem mamy ustawione obozowisko- namioty, kuchnia, toaleta ( to oczywiście duża nazwa na nasz turystyczny pojemnik na fekalia i trójstronny foliowy parawan). Ale zadowolenie podkreślone pływaniem, wyciąganiem muszli z dna i kolacja na bazie chleba, pomidorów i cebuli. Dalsze posiłki mają się opierać na tym, co złowimy.

Noc zimna, wiec grzejemy się zagęszczając namioty, w śpiworach i ciepłych ciuchach. Rano rozłazimy się po wyspie. Kilkugodzinny spacer, a każda zatoka warta obfotografowania. Po południu zgłaszam się do ekipy wypływającej na ryby. Skandynawowie z własnymi wędkami, ale być może i dla nas coś się znajdzie. Przewiduję, że wyprawa na ryby może potrwać kilka godzin, ale okazuje się , ze nie jestem dość przewidujący. Benji trzymając się masztu wypatruje łowiska. Po ponad godzinie okazuje się, że musimy zmienić kierunek i popłynąć do Waitangi do sklepu po jakieś haki i rybki na przynętę, co zostało nie dopatrzone w trakcie przygotowań.
No cóż, mój inżynierski umysł i dziesięć lat doświadczeń w organizacji warsztatów masażu, kierują w stronę zniecierpliwienia. Ale ostatecznie wybieram spokój i radość z tego że jestem tutaj, gdzie wszystko może się zdarzyć i może być zupełnie inaczej niż to sobie wymyślę. Docieramy do supermarketu tuż przed zamknięciem. Zaopatrujemy się w paczki z rybkami na przynętę, a za kolejne dwie godziny zarzucamy kotwicę i zanurzamy nasze haczyki obciążone smakowitościami w wodzie. Deszcz i wiatr przeszkadzają w wędkowaniu. Niedaleko nas kotwiczy rozświetlony, wielki prom oceaniczny. Muzyka ginie gdzieś po drodze, ale pewnie zabawa na całego. Pod „kopułą” błąka mi się pytanie- Czy to naprawdę było najbliższe łowisko? Ale widać najlepsze – odpowiada mi coś z wnętrza.. Zbliża się północ, deszcz zaczyna przeszkadzać w obserwacji spławika. Norweżki mają brania, a po naszej stronie Waki nic. W końcu zmęczony kolejnym zakładaniem kawałków ryby na przynętę zmieniam technikę połowu, przypominając sobie, z dawnych czasów, wędkowanie na Mazurach. No i bingo. Raz za razem ciągnę dwie, pewnie kilogramowe sztuki o dziwnych zaciętych pyskach. Ale na tym koniec. Po dwóch godzinach wiatr cichnie, deszcz zanika, ryby nie biorą, więc zaczynamy odwrót.

Potem już tylko w drodze łamiemy ster ( jest na szczęście zapasowy) i wracamy do portu w Paihia. Śpimy do rana zawinięci jak szproty w puszce w plastikowe plandeki, dygocząc z zimna i przemoczenia. Rano robimy ponad dwugodzinną godzinną trasę między wyspami zatoki Bay of Islands w drodze do obozu. Pozdrawiają nas przepływające obok załogi ekskluzywnych jachtów. Chyba zazdroszczę im tej prędkości, którą rozwijają, ale prawdziwa przygoda jest naszym doświadczeniem, a nie ich.
Teraz rozumiem o co chodzi w wieloznacznym stwierdzeniu maoryskim o życiu i losie człowieka –„islands come, islands go”. Tak - to wyspy przychodzą i odchodzą, a nie my do nich dopływamy i mijamy. Dokładnie takie uczucie miałem tego rana, gdy kolejne, podobne wyspy wciąż nie były naszą wyczekiwaną Urupukupuku. Dopływamy w końcu do naszej zatoki i obozu. Widać po naszych przyjaciołach, że już byli mocno zaniepokojeni naszym losem. Ale wyrażają to na sposób maoryski – prawie bez niepotrzebnych słów, oczami, sposobem poruszania się, gestem. Najważniejsze to wysuszyć się na słońcu, przebrać w suche ubranie, napić gorącej herbaty. Sześć ryb wieńczy nasz sukces w walce z Pacyfikiem.
- Dzień jedenasty
KARETU MARAE
Tradycyjne powitanie w szczepie Hemiego- Ngati Manu. Marae, jak wszędzie w ,Aotearoea (tak Maorysi mówią o Nowej Zelandii - a znaczy to Ziemia Długiej Białej Chmury - lub Swiatła) jest jednocześnie świątynią, miejscem zgromadzeń, rytuałów szczepowych i rodzinnych. W tej wyjątkowo nie ma wewnątrz rzeźb.
Nie podobały się misjonarzom ich twarze, więc je pozdejmowali - jak mówi Hemi - aby ich zadowolić. Kiedyś w tej dolinie było około stu rodzin, zostało kilka. Wyemigrowali do Australii, USA, walczyli w II wojnie światowej. Ci co zostali i poumierali, pochowani są na wzgórzach w okolicy. Te miejsca objęte są „ tapu”, obowiązuje tam szczególny rytuał i zachowanie. Lepiej więc nie naruszać ich spokoju bez potrzeby.
- Dzień dwunasty
HEALING POOLS.
Wybieramy się do błotnych basenów z uzdrawiającymi wodami. Lokalna inwestycja prowadzona przez maoryską rodzinę. Atmosfera domowa, wygląd mało budujący, widać, że od lat nikt tu nic nie zrobił, ale muł, którym się obkładamy i gorące wody o temp. 43 °C wystarczają do pełni szczęścia. Potem ładnie "pachniemy" siarką.
- Dzień czternasty
Przygotowania do zmiany miejsca pobytu. Przed nami wyzwanie- Spirit Bay (Plaża Duchów). Niezbędne zakupy- słodkie ziemniaki „kumara”, ryż, jabłka, a reszta ma być z morza. Wieczorem Benji opowiada o sobie, o tym jak on rozumie Hunę, polinezyjską filozofię życia. Zdumiewa mnie swoim prostym, klarownym myśleniem i celnością puent. Mieszka na Południowej Wyspie, gdzie jest nauczycielem w szkole dla dzieci – uczy maoryskich tradycji, języka, pieśni. Ale jest też rybakiem. Dobry rybak może swojej rodzinie zapewnić wyżywienie na dzień, no może nawet na tydzień. Bardzo dobry rybak- nawet na tydzień dla całej wioski. Ale ludzie będą tylko z tego wiedzieli, jak smakuje ta ryba. Trzeba więc ich uczyć jak łowić ryby, i uczyć ich tak, żeby mogli nauczyć innych- wtedy wszyscy będą mieli co jeść. Żona Benjiego jest z Tonga- gotów jest za nią i za swoje dzieci umrzeć, ale prosi, żeby Bóg go w tym nie testował. Bardzo dobrze się czuje w naszej grupie- więc jakby ktoś miał dziecko i szukał dla niego imienia, to może zechce je nazwać Benjamin- zdrobniale Benji. Wtedy i on miałby swój kawałek lądu w Polsce.
- Dzień piętnasty
Rano ceremonia pożegnania z gościnnym marae i jego gospodarzami. Wygłaszam "mowę" ze strony polskiej, po mnie Norweg, potem Benji i Hemi. Gospodarz, zwany wujem Georgem mówi z głębi serca – o tym, żebyśmy wracali tu, napełniali to miejsce energią życia, jako, że najczęściej ludzie zjeżdżają tu na pogrzeby. Obdarowujemy gospodarzy drobiazgami i w drogę na Spirit Bay.
- Dzień siedemnasty
SPIRIT BAY
Niesłychane miejsce – Kapowairua. Ostatnie piętnaście kilometrów to już droga wysypana tłuczniem - kurzy się i trzęsie niemiłosiernie. Rozległy teren, ujście rzeki, rafy, góra z niesamowitą naturalną kamienną głową- Pani Wzgórza, mówią o niej. W nocy mam wrażenie, że świeci się, choć może to tylko światło księżyca. Zatoka dusz. Maorysi wierzą ,że przybywają tutaj dusze zmarłych i tu można z nimi rozmawiać. Przed ich ostatecznym odlotem na Hawaiki- do Krainy Szczęśliwości.
- Dzień osiemnasty
CAPE REINGA
Najdalej wysunięty skrawek Wyspy Północnej. Maorysi śmieją się z Anglików, że dla nich to szczyt , wierzchołek Nowej Zelandii. A to przecież ogon ryby wyciągniętej z oceanu przez mitycznego Maui. Wystarczy popatrzeć na kształt wysp. Dużo tutaj turystów - rozgadani i hałaśliwi Japończycy z rodzinami i poważni, dostojni Maorysi. Znowu znajoma tablica- „teren należy do ludu Maori” Tylko my i Maorysi wiemy dlaczego.
Tuż obok latarni i słupa z odległościami (Londyn 19271 km, ale Ekwador tylko 3827 km) znajduje się niezwykle ważne miejsce- to stąd dusze odlatują na Hawaiki. To tutaj odbywają się spotkania wodzów dla odprawienia ważnych rytuałów. Siadam na chwilę i pozwalam sobie na chwilę medytacji. Czuję jak robi mi się lekko i coś jakby pociągało mnie w kierunku miejsca „soul depart”. Na wszelki wypadek szybko podejmuję decyzję , że to jeszcze nie czas.
- Dzień dziewiętnasty
TE RARAWA MARAE
Zwijamy obóz pakujemy i przez Kaitaia dojeżdżamy do kolejnego marae na naszej trasie..Po drodze kupuję "greenstone" - nefryt dla siebie. Symbol męskiej mocy. Benji wybiera go ze mną- spośród kilkunastu innych ten wyróżnia się – ma kolor wody morskiej, lekko rozbielony. To "white bite" - biała rybka. Czuję że ma "charakter" i że będzie mi pomocny w łączeniu się z energią Aotearoa. W Te Rarawa marae - tradycyjne powitanie gości. Elegancki dystyngowany mężczyzna około siedemdziesiątki, Bruce, reprezentuje gospodarzy. Mówi o tym, że Hongi - powitanie przez dotyk nosami ma coś dzieła Boga, który po stworzeniu świata tchnął weń ducha.
Przemawiam jako pierwszy ze strony gości. Mówię o tym, że przybywamy z odległego kraju, aby spotkać Wairua (ducha) i korzystać z mądrości jego przodków. Hemi mówi ciekawie o filozofii Nawigatorów i odkrywaniu "islands of knowledge"- wysp wiedzy. Każdy z nas ma do odkrycia wiele takich wysp- to części nas samych, które wymagają uzdrowienia.
- Dzień dwudziesty
BUSZ

Do południa w Kaitaia – Maori Art. Galery oraz niezwykły Stone House of Learning. Kamienne marae sprawia wrażenie budowli sprzed wieków. Wielkie bloki kamienne u wejścia. W środku olbrzymie pnie drzew podpierają konstrukcję stropu. Każde z nich symbolizuje bogów natury- lasu, wiatru, oceanu etc. Peter, który pokazuje nam swoje dzieło jest nauczycielem i wszechstronnym artystą. Uczy młodych Maorysów tradycyjnego rzemiosła, obróbki drewna. Jest doradcą rządowym do spraw edukacji, ale i świetnym gawędziarzem. Jak się okazuje później jest również masażystą, co udowadnia na kilku naszych koleżankach, masując im na siedząco plecy.
Po południu podjeżdżamy do buszu i dalej na piechotę. Busz jest wilgotny, droga błotnista, ale to wspaniałe przeżycie - być wśród tych pięknych, skłębionych roślin, drzew, palm, paproci. Natura nas otacza, wciąga tak, ze stajemy się jej częścią. Busz to wyjątkowa harmonia jednostkowych egzystencji. Odnajdujemy słynne drzewa kauri- młodziaki, po jakieś zaledwie 200 lat i wszechstronnie wykorzystywane drzewa manuka – dają miód, balsamy, używa się ich do wyrobów kosmetycznych. Drzewa są wysokie, ale tylko na samym szczycie mają rozległą korona. Jest takie miłe, hałasujące po nocach zwierzątko, podobne do koala- nazywa się possum. Potrafi zjeść przez noc 10 kg liści manuki. Ot, pasożyt.
Wieczorem Bruce przyprowadza na naszą prośbę swojego brata, który jest „kawa” i wyrzeźbił wszystkie piękne rzeźby w marae poświęcając na to wiele lat pracy.Czekamy na jego opowieści, ale nieformalny protokół wymaga, żeby najpierw poznali się bliżej z Hemim- wtedy będzie go można o to poprosić. Panowie muszą sobie opowiedzieć swoją genealogię- kto skąd pochodzi, losy swoich rodzin, krewnych etc. Potem opowiedzą sobie o swoich zainteresowaniach - a więc Hemi o pasji budowania łodzi- Waki, a jego nowy znajomy o swoim rzeźbieniu. Potem Hemi będzie musiał wytłumaczyć się dlaczego uczy masażu i sztuki maoryskiego uzdrawiania w Europie, a nie tutaj w Nowej Zelandii, gdzie jest tylu bezrobotnych, żyjących z zasiłków Maorysów. I dopiero po tej wielogodzinnej wymianie informacji i opinii (bez kropli alkoholu), stworzona zostanie płaszczyzna porozumienia, która umożliwi poproszenie go o opowiedzenie nam historii tego marae, jego rzeźb i zaspokojenie naszej ciekawości. Tego wymagają dobre zwyczaje.
A dowiedziałem się tego wszystkiego od Katji, która zdążyła przez ponad 10 lat życia z Hemim przyzwyczaić się do maoryskich zwyczajów. Dodam, że kładąc się spać dobrze po północy, nie doczekawszy końca operacji poznawania się wymienionych wyżej panów, wdzięczny jestem za tę lekcję cierpliwości. Uczę się akceptować to co się wydarza, nie wymuszać i nie pośpieszać zdarzeń. To co nie odbyło się dziś, odbędzie się jutro.
- Dzień dwudziesty pierwszy
Powtórka z buszu. Niezapomniana, czterogodzinna trasa po urwiskach i wąwozach. Błoto, czasem deszcz, korzenie po których ślizgają się buty i trochę wspinaczki .Wyczerpani, ale szczęśliwi wracamy na pizzę przygotowaną przez tych, którzy na busz dzisiaj nie mieli ochoty.Wieczorem wreszcie „kawa”(rzeźbiarz) jest gotów do dzielenia się z nami swoimi opowieściami. Całe swoje dorosłe życie podporządkował idei stworzenia tego marae. Opowiada o rzeźbach, o tym jak zdobywał materiały, jak wspólnym wysiłkiem szczepu, dzięki życzliwości i pracy, powstało dzieło jego życia. Przy okazji ciekawa historia waki, która w stanie rozpadu stoi obok marae. Wygląda jak nasze wykopaliska w Biskupinie, podczas, gdy zaczęto ją budować w 1985 roku. Nie mieli doświadczenia w budowie łodzi, ale mieli ambicje i marzenia. Chcieli pływać po oceanie. Po paru latach waka stała się faktem.

Nie wypadało pytać innych, więc posługiwali się metodą prób i błędów wymieniając to co się nie sprawdzało, oraz maoryską zasadą - „ Jeśli coś wygląda dobrze to jest dobre”. Zrobili dwa żagle, żeby pływać jak ich przodkowie. Popłynęli do Waitangi na coroczne święto i dopiero tam zobaczyli jak inni budują swoje łodzie. Niestety wybrali zły gatunek drzewa i po wyciągnięciu z wody kadłub łodzi po prostu się rozsechł i rozpadł. Teraz zbudują następną - Hemi pokaże im, jak to robią Norwegowie.
W marae towarzyszy nam na co dzień starsza energiczna pani - ciocia Emily. Przykład ludzkiej życzliwości i akceptacji życia takim, jakie jest. Śpiewa przestępując z nogi na nogę i zaciera zabawnie, od czasu do czasu, swoje spracowane dłonie. Jej duże, miękkie stopy pewnie stoją na ziemi. Jedzie z nami wieczorem nad zatokę. To miejsce, do którego przed wiekami przypłynęła Waka z jej przodkami (legenda o 7 waka, które przywiozły w zamierzchłej przeszłości pierwszych osadników na Aoteara- z każdej wywiódł się potem inny szczep). Jest u siebie, jej synowie też tutaj niedaleko się pobudowali.
Kia Ora ciociu Emily, niech Ci Pan Bóg błogosławi!
- Dzień dwudziesty drugi
WAIOTIRA
Przejazd do Waiotira. To tutaj powstaje Centrum Ma-uri. Wyjątkowa energia tego szczególnego miejsca, daje się odczuć już dziś, kiedy wszystko jest jeszcze w trakcie budowy. Hemi z zaprzyjaźnionym norweskim cieślą w parę miesięcy postawili nieduży dom - osiem metrów na osiem, z szeroką werandą wokół. Ukształtowanie terenu powoduje że jest niewidoczny z drogi. Od drogi zjeżdża się łagodnie w dół ok.100m. Po lewej stronie na zboczu zasadzono już drzewa owocowe - brzoskwinie, pomarańcze, kiwi. Wszystko będzie na miejscu, nie będzie trzeba jeździć do supermarketu. Obok powstaje pawilon na warsztaty - tu będą się uczyć masażu i uzdrawiania kolejni adepci tej sztuki, zafascynowani masażem Ma-uri.
Będą żyć w zgodzie z naturą, dbać o nią i korzystać z jej darów. Uczyć się i przenosić te doświadczenia do swoich krajów. Szkoda tylko, że to tak daleko od Polski.
- Dzień dwudziesty trzeci
KAURI FOREST

Jedziemy do Waipoua Kauri Forest – lasu Kauri. Jest ciepło, ale pada. Deszcz jest wyrazem miłości - to Rangi Nui(Ojciec-Niebo) kocha tak bardzo swoją Papateanuku (Matkę-Ziemię) Drzewa kauri są symbolem Nowej Zelandii. Wykorzystywano je do budowy łodzi, czczono ze względu na wiek, jaki osiągają- nawet do 2000 lat. To trudne do uwierzenia. W rezerwacie przyrody spacerujemy pomiędzy nimi tymi 50- 60-metrowymi olbrzymami o średnicy 5 m i ponad. Jest ich tu z pewnością kilkadziesiąt. Mają dość delikatne korzenie, więc niekiedy ludzie muszą poruszać się po specjalnie zbudowanych pomostach, aby nie zaszkodzić przyrodzie. Ten najpiękniejszy i najstarszy okaz kauri nazwano Tane Mahuta – Bogiem Lasu. Jego wiek jest szacowany na 1500-2000 lat, więc rośnie tu od zarania naszej ery. Benji zatrzymuje się i my wszyscy też. Odbywa się specjalna ceremonia – to na znak szacunku dla przyrody, uznania jej mocy i odwiecznego trwania. Jego słowa kierowane są do Tane Mahuta . Każda komórka mojego ciała rezonuje z jego mocnym głosem i odczuwam powagę i moc tej maoryskiej, płynącej z duszy, modlitwy. Niewielka grupa amerykańskich turystów z szacunkiem i zaciekawieniem przygląda się niespodziewanej atrakcji.
- Dzień dwudziesty czwarty
KAPA HAPA W AUCKLAND
Jedziemy z grupą chętnych i Benjim do Auckland. Obiecuje nam zakupy „muzyczne” i inne na miejscowym targowisku. Wyjazd w środku nocy, ale po drodze na stacji benzynowej długi postój na kawę i nieśpieszne zbieranie się. Kto zrozumie Maorysów? To po co było „zarywać” noc ?

Dojeżdżamy w końcu do Auckland, na tereny Kapa Haka – wielkiego corocznego festiwalu grup Haka – oryginalnego tańca maoryskich wojowników. W tym roku przybyło aż 35 grup, w tym dwie z Australii. Ale to dopiero wczesny poranek, a impreza zacznie się za parę godzin. Benji objeżdża teren, dowiaduje się od porządkowych i policjantów o parkingi i inne potrzebne informacje. Już czuje się atmosferę tego zbliżającego się maoryskiego, wielkiego pikniku. Maorysi pozdrawiają się, uśmiechają, pogadują. Niestety przy wejsciu dowiadujemy się o zakazie fotografowania i nagrywania. W końcu impreza zaczyna się. Kilkudziesięcio-osobowe zespoły na estradzie, zbliżenia na telebimach, kilka tysięcy widzów- prawie sami Maorysi. Niesłychana energia płynie ze sceny. Każdy z zespołów, reprezentujący poszczególne szczepy (te iwi) pokazuje się w różnych dyscyplinach – tańca, pieśni, Haka. Korzystając z pomocy naszych maoryskich przyjaciół staramy się nie przegapić najlepszych, grzebiąc w międzyczasie na obleganych straganach z muzyką. Porozstawiane stoiska oferują jedzenie, informacje o różnych akcjach – nauka, kursy, praca, imprezy etc. Rozmawiam w kilku miejscach, biorę broszury. Mam ochotę wiedzieć więcej o tych ludziach, o ich życiu i problemach. Przez prawie 10 lat byli dla mnie tylko jakimś wyobrażeniem - teraz się zmaterializowali i pokazali kim są.

Wieczorem pożegnalna kolacja – paskudne obżarstwo po miesiącu improwizacji. Przystawka- kraby, langusty, małże, sałatki. Danie główne- pieczone ziemniaki, ryba w cieście, a na deser- ukochany jabłecznik, lody w czekoladowej polewie. Wszystko co chcesz, za jedyne 25 $. Nigdy więcej takiego szaleństwa. Przed powrotem do motelu zmieniamy kierunek i trafiamy do maoryskiej dyskoteki. Napis o odpowiednim ubraniu omijamy dzięki pertraktacjom- my prosto z buszu. Maoryscy "bramkarze" stają się bardziej wyrozumiali, gdy patrzą na dziewczyny, których jest większość. Zwłaszcza blondynki budzą ich niemy zachwyt.
- Dzień dwudziesty piąty
DZIEŃ ODLOTU
Wydarzenia sprzed ponad 160 lat wciąż są dyskutowane. Podpisany przez czterdziestu pięciu maoryskich wodzów (na czterystu) traktat w Waitangi oddał Nową Zelandię pod protektorat Korony Brytyjskiej, ale nie uchronił kraju przed wyniszczającą i nierówną wojną. Problem w tym, że wersje, maoryska i brytyjska, różniły się od siebie. Maorysi nie podpisali się pod zdaniami mówiącymi o oddaniu swojej niezależności w ręce brytyjskiego gubernatora. Nie zostały zrealizowane obietnice białych zapisane w traktacie. Wielkie oszustwo białych, czy otwarcie drogi do cywilizacji Maorysom? Zegnajcie dumni i pełni godności moi maoryscy przyjaciele. Moje serce jest z Wami.
KIA ORA - ŻYCIE DLA WAS
|